Artyści mieli do czynienia z sobą 2 lata temu, kiedy to wspólnymi siłami stworzyli kawałek „2 pokoje”. Klimatyczny, niemalże hipnotyzujący utwór sprawił, że w głowach wielu fanów obu artystów przechodziły myśli, aby stworzyli razem coś więcej. No i stało się.
Powstała “Homoxymoronomatura”. Po dokładnym przesłuchaniu tej płyty masz dwie opcje: albo ją pokochasz, albo znienawidzisz. Nie ma nic pomiędzy. Słuchanie pojedynczych kawałków jest tak samo głupie, jak wybieranie jednego z rozdziałów książki, która tworzy spójną całość – rozdział może okazać się ciekawy, ale co z tego, jeśli nie wiesz, co było przed nim, a co będzie po nim?
Jestem w grupie osób, które tą płytę pokochały. Dla mnie jest to sztuka przez „duże S”. Arcydzieło. Coś, czego do tej pory w muzyce, której słucham nie było. Artyści ukazują człowieka, którego nazywają wirusem homo sapiens. Wirus ponad wszystko upodobał sobie hiperkonsumpcje, gromadzi i kupuje wszystko, co możliwe, niekoniecznie potrzebnego. Człowiek jest zagubiony. Telewizja, reklamy, omamiły go. Jak grzeczne dziecko słucha się rodziców, tak wirus robi to co każą mu media.
Płyta traktuje także o problemie negatywnego działania człowieka na środowisko. Ocieplający się klimat, dziura ozonowa, kwaśne deszcze, zaśmiecanie środowiska etc. Nasz bohater, wraz z innymi, swoim zachowaniem i swoimi czynami prowadzi do totalnej zagłady planety, na której żyje. Artyści określają to takimi słowami:
„globalny reset zbliża się do ziemii
ostatnie dni na to by myślenie zmienić,
globalny reset zbliża się do ziemii
oni nadal ślepogłuchoniemii
globalny reset zbliża się do ziemii,
wtórna reakcja chemii”
Płyta jest klimatyczna, fragmentami mroczna, w tekstach da się wyczuć ironię, sarkazm. Osoby przyzwyczajone do stylu Luca nie zawiodą się i tym razem. Jego zabawa słowem, tworzenie neologizmów, akcentowanie słów są po prostu fantastyczne. Rahim natomiast rymuje w sposób, który u niego podoba mi się najbardziej, tzn. prosto, celnie i dosadnie.
Atutem płyty jest to, że słychać na niej żywe instrumenty. Skrzypce, trąbka, wiolonczela idealnie pasują do elektronicznych brzmień. Nadają smaczku, dzięki nimi melodia nabiera klimatu. Przysłowiową „kropkę nad i” stawiają piękne wokale Justyny Antoniak i Marii Peszek.
Homoxymoronomatura Live.
Luc i Rahim są chyba pierwszymi w Polsce artystami, którzy skonfrontowali muzykę hip-hopową, trip-hopową, jazzową ze spektaklem – teatralnym. Ich koncert miałem okazję zobaczyć dzięki nagraniu puszczonemu na Tvp Kultura. Wywarło to na mnie wielkie wrażenie.
Artyści ubrani w białe kombinezony, dym, gra świateł, mim, który „robi za” bohatera płyty, zdjęcia i filmy pokazywane za pomocą projektora…
To wszystko sprawia, że na ponad godzinę zapominasz o otaczającym Cię świecie. Jest tylko scena i Ty.
Zawsze powtarzałem, że słuchając muzyki wolę wersje koncertowe. Dlaczego? A może, dlatego, że jest ona „prawdziwsza”?. Chodzi mi o to, że podczas koncertu słychać prawdziwy głos wykonawcy, słychać to jak i kiedy oddycha, często też dodaje coś od siebie, wychodząc poza tekst piosenki…
Nie lubię przekombinowanego komputerowo dźwięku, wycinaniu momentów, w którym się oddycha. Chce słyszeć człowieka, a nie robota…
20 kwietnia w katowickim Rondzie Sztuki miał miejsce koncert promujący Homoxymoronomature. Za namowami kolegi wybrałem się na niego.
Na rondzie byłem już 2 godziny przed rozpoczęciem koncertu…
Wszystko się trochę opóźniło. Próba, wpuszczanie do środka, początek koncertu…
Po wejściu do środka i usadowieniu się na krześle zauważyłem Luca. Stał pod sceną jak gdyby nigdy nic. Po chwili z pod sceny podszedł do barku po piwo. Rahima też po jakimś czasie zauważyłem. Bardzo mnie to zaskoczyło, że panowie bez żadnych oporów chodzili po pomieszczeniu. W ich zachowaniu nie dało wyczuć się żadnego gwiazdorstwa, żadnego podziału na – artysta – słuchacz. Ucieszyło mnie też to, że wśród ludzi, którzy przyszli na koncert nie było żadnych psycho fanów, albo niepełnosprytnych 15latków, którzy na samą myśl o członku byłej Paktofoniki dochodzą do orgazmu…
Co jakiś czas kilku osobowe grupki nieśmiało podchodziły do Luca i Raha prosząc o autograf. Korzystając z okazji wymieniali przysłowiowe „2 słowa”.
Ja wraz z 2 kumplami także podszedłem do Luca, aby nam się podpisał. W trakcie podpisywania odpowiedział na kilka przygotowanych na szybko pytań.
Między innymi zdradził nam swoją tajemnicę dotyczącą tworzenia tekstów. Otóż swoje teksty „bierze z łokcia”;). Był także zaskoczony faktem, że da dużo ludzi obejrzało w internecie fragment wywiadu, w którym przyznał się do tego, że podczas Fryderyków sprzedawał telefony komórkowe.
Długo wyczekiwany koncert zaczął się. Widownia liczyła około 100 osób – było kameralnie. Po kilku kawałkach zauważyłem, że tłum był dość sztywny. Myślałem, że będę jedynym „sztywniakiem” w całym gronie, a tu proszę. Ruszały się jednostki. Choć w trakcie wszyscy się rozkręcili. Oczywiście oprócz Luca i Raha nie zabrakło żywych instrumentów, mima no i pięknego wokalu w wykonaniu przeuroczej pani, która na koniec koncertu swoim głosem spowodowała, że męska częśc publiczności zauroczyła się w niej w jednym momencie…
Dali z siebie wszystko. Luc powalał swoimi możliwościami wypowiadania słów. Nie zabrakło także freestyle’u Raha.
Moje słowa i tak nie opiszą tego, co tam się działo.
To trzeba przeżyć samemu.
